To będzie długi post. Uczciwie uprzedzam. Tak długi jak dzień pełen emocji, który spędziłam z Kihą i Niedźwiedziem. Mam jednak nadzieję, że obejrzycie do końca i sprawi Wam taką samą frajdę, jak mi fotografowanie ich ślubu.Każdy z nas, od czasu do czasu, ma upiorne sny, po których zrywa się z łóżka i łapie głęboki oddech. Fotograf, szczególnie ślubny, ma kilka dyżurnych koszmarów sennych: podwójnie zabukowany termin, zapomnienie o zleceniu, zgubienie się w drodze na ślub, utracenie zdjęć, ukradziony sprzęt itp. To jest Wasz dzień, jedyny w swoim rodzaju i moja olbrzymia odpowiedzialność, więc w sumie nie dziwią takie sny. Na szczęście to tylko sny! Ufffff…

O świcie, w dniu ślubu Kihy i Łukasza, sen mieszał się z jawą, a piekło zmieniało się w niebo. Oszczędzę Wam szczegółów i napiszę tylko, że budząc się z myślą o kawie, szybko o niej zapomniałam, bo poranek zapewnił mi taką adrenalinę jak po dużym dzbanku espresso. Po dojechaniu do Stodoły u Babci Magdy, znalazłam się w niebie. I czas zwolnił. W miejscu, którego nie ma na mapie Google. W miejscu, gdzie zapominasz o bożym świecie, a wszyscy, jak w anielskiej krainie, chodzą z uśmiechami na twarzy. Może dlatego, że babcia Magda maluje święte obrazy? ;-) Na miejscu wypadłam z samochodu prosto w objęcia Grzałki – Agi – wedding plannerki, która trzymała w rękach wymarzoną kawę, a następnie w ramiona Kingi i Łukasza, których widziałam pierwszy raz w życiu. Tyle lat fotografowania ślubów i innych uroczystości, tyle sesji i właśnie tego dnia niektóre koszmary senne miały ochotę się spełnić, a prawa Murphy’ego przejąć kontrolę nad moim życiem. To byłby chichot losu. Byłam na miejscu. Mogłam odetchnąć. I poddać się temu, co ten dzień przyniesie. Do dzisiaj mi adrenalina skacze na samą myśl o tym sobotnim świcie w sierpniu. Jak widać, raz na X lat, pomimo wszelkich przygotowań i „na zaś” i „na wszelki wypadek”, los lubi stawiać do pionu, przypominać o sobie i pogrozić palcem.Jak po burzy wychodzi słońce, tak reszta dnia była dla mnie łaskawa i przebiegała w prawdziwie sielskiej atmosferze. W sumie to nadal się szczypałam, czy to sen czy jawa, bo było jak z marzeń sennych.

{ Stodoła u Babci Magdy }

Gdzieś, niedaleko Piły jest niewielkie gospodarstwo, a w nim stoi stara, kamienna stodoła. Stodoła u Babci Magdy. Idealne miejsce na oderwanie się od rzeczywistości. Idealne miejsce na ślub osób, które nie chcą po prostu „zaliczyć” tego dnia, a powolnie rozkoszować się każdą chwilą, smakiem, obecnością najbliższych i chcą „nakarmić” wszystkie zmysły. Tak zaplanowali swój ślub Kinga i Łukasz i to miejsce idealnie wpisywało się w ich wizję. Wiedzieli też, że wszystkie dekoracje i dodatki chcą wykonać sami. Nie dziwne, bo oboje są mega kreatywnymi i zdolnymi ludźmi. Kinga – zdobi paznokcie i wymalowuje na nich takie cuda, że na rękach ma się małe dzieła sztuki. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że Łukasz z drewna zrobi wszystko. Oboje w życiu postawili na pasję, a ich pomysłowość nie zna granic. Oboje pływają na wakeboardach, a Łukasz jeździ na BMX. Niesamowici ONI! Są ogromną inspiracją i osobowościami. I takich też przyciągają ludzi do siebie. W przygotowaniach do ślubu pomagali im przyjaciele, bliscy i równie szalona jak oni wedding plannerka – Aga. 

{ Ślub boho & Rock’n’Roll }

Dzień przed, zjechali wszyscy na miejsce i wspólnie wiązali, przyczepiali, montowali dekoracje i sprzątali do późnej nocy, aby ich wizja ślubu boho z rockową nutą mogła się ziścić. Pogoda dopisywała cały dzień i nawet, gdy po przyjeździe z kościoła, zachmurzyło się na chwilę i przez kilka minut spadł deszcz, nikomu nie popsuło to humoru. Do ślubu wiózł ich przyjaciel, swoim czerwonym Volkswagenem „ogórkiem”. Przyjaciółka Kihy wymalowała jej oryginalną kurtkę jeansową z napisem “Żona”. Ślubu udzielał wujek ksiądz. Była również przemowa świadka, tak emocjonalna, że polały się łzy. Tak uśmiechniętych, szczęśliwych i zrelaksowanych gości nie spotyka się na każdym weselu pomimo, że to tak radosny dzień. Serdeczność jaką było czuć w powietrzu i podczas życzeń składanych młodej parze pod Stodołą u Babci Magdy, długo będę pamiętała. Generalnie, dzień ślubu Kihy i Niedźwiedzia, był dniem celebrowania nie tylko ich miłości ale również ich przyjaźni i przyjaciół. Z takimi ludźmi można konie kraść i oni to doskonale wiedzą i doceniają. Jakim zaskoczeniem dla mnie było, gdy po podziękowaniach dla rodziców i torcie, razem z Grzelką (konsultantką ślubną) zostałam głośno wywołana i usłyszałyśmy wzruszające podziękowania Kingi i Łukasza, razem z Tiną Turner i jej „Simply the Best”. Co czułam? Wzruszenie i wdzięczność, że spotykam takie osoby na swojej drodze.  

{ Konsultant ślubny – twój przyjaciel }

Grafik dnia był dokładnie rozplanowany przez Agę – konsultantkę ślubną “Agnieszka Adamczak Wedding&Event Planner”. To ona zajęła się i pomogła Kindze i Łukaszowi ogarnąć te bardziej przyziemne sprawy jak formalności, organizacja cateringu, suknia i garnitur itp. Nikt tak jak Grzelka (ksywa Agi, która rok temu była moją panną młodą) nie umie tak sprawnie ogarniać 10 rzeczy na raz. Nikt tak nie rozbraja uśmiechem i śmiechem jak ona i nikt tak czarująco nie stawia do pionu, jeśli jest taka potrzeba. A przy tym jest dla swoich par jak dobra przyjaciółka, która zadba o wszystko, łącznie ze wsparciem mentalnym. Jest jeszcze jedna rzecz… nie spotkałam osoby, która oparłaby się jej spontaniczności i szalonym pomysłom, które ona wprawia w życie „od ręki”. Dlatego z Grzelką nigdy nie ma nudy i zawsze „rozgrzeje” Wasze serducho. Wiedziałam, że po szalonym poranku, jeśli jest Grzelka, to wszystko jest pod kontrolą i ona przeprowadzi nas przez ten dzień tanecznym krokiem. I nie myliłam się ani przez chwilę. 

{ Dreamcatcher czyli łapacz snów }

to główny element dekoracji stodoły i motyw przewijający się na fladze zawieszonej za stodołą.

„Łapacze snów zwykle wieszane były nad posłaniem lub przy wejściu do domostwa indiańskiego. Według wierzeń niektórych plemion Indian Ameryki Płn. (m.in. Kri, Odżibwejowie) sny nawiedzające śpiących w domu musiały przejść przez amulet. Gęsta sieć miała przepuszczać jedynie dobre sny, a zatrzymywać nocne koszmary, które ginęły wraz z pierwszymi promieniami słońca. Taki sen miał łapać się w sieć i spływać po piórach.” (źródło: Wikipedia).

Ich ręcznie wykonane łapacze snów, okazały się szczęśliwym amuletem. A ja z perspektywy czasu widzę jak wielką miały moc.

{ Koncert rockowy }

Za Stodołą u Babci Magdy znajdowały się „dechy” do tańca pod gołym niebem oraz sznury żarówek, które dawały nastrój nocną porą. Ale było tam coś jeszcze… mini scena muzyczna z dumnie powiewającą czarną flagą z wymalowanym białym łapaczem snów. Jednym z punktów przyjęcia weselnego był koncert zespołu, w którym razem z dwoma kumplami, Łukasz gra na gitarze. To był ich pierwszy występ przed publicznością i wzbudził prawdziwy szał wśród gości, łącznie z „latającymi” stanikami, jak na koncert rockowy przystało. ;-) Ale było coś jeszcze… niespodzianka… długo skrywana tajemnica, o której wiedziałam i na którą wyczekiwałam z niecierpliwością! Prezenty mają swoją niebywałą moc kiedy wiemy, że obdarowujący poświęcił swój cenny czas i włożył w nie całe serce. Łukasz – Niedźwiedź takiego prezentu na pewno się nie spodziewał! Kinga przez pół roku uczęszczała na tajemne lekcje gry na perkusji (mówiąc, że chodzi na zajęcia fitness), żeby w dniu ślubu zagrać dla niego, a raczej wybębnić ulubiony kawałek Guns N’ Roses  “Sweet Child O’Mine”. Gdy po skończonym koncercie chłopaków, Kinga zasiadła za perkusją nikt nie traktował tego poważnie, do momentu kiedy rozległy się pierwsze uderzenia pałeczek o talerze. Kiha wybębniła ten kawałek jak „stary wyjadacz”. Mina Łukasza i wszystkich… bezcenna! Przyznam Wam się, że nie wiedziałam czy płakać ze wzruszenia czy się śmiać z radochy? Duma mnie rozpierała, z tej dziewczyny giganta! Bardziej romantycznego prezentu nie widziałam! Kinga chapeau bas!

„Dokąd teraz zmierzamy? 

Słodka dziecino, 

Moja słodka dziecino.”

To był dzień pełen emocji i mega pozytywnej energii. Dzień wzruszeń i głośnego śmiechu. Wdzięczności i przyjaźni. Dla wszystkich. Czy to mi się śniło? Nieeeee! Skończyłam ten dzień szalejąc, prawie do świtu, z nimi i Grzelką na dechach. Niewyspanie i przygody o poranku? Kto by pamiętał. Fruwałam. Oni dali mi skrzydła i swoje zaufanie. O takich ślubach marzy fotograf. O takich Parach śni. Chcę więcej… i Wam życzę takich ślubów. Kiha, Łukasz, Grzelka – byliście fantastyczni!

Peace. Love. Rock’n’Roll!

P.S. A jak chcecie zobaczyć ich sesję poślubną to zapraszam tu.

 

Miejsce: Stodoła u Babci Magdy  /  Konsultant ślubny: Agnieszka Adamczak Wedding Planner  /  Suknia: Anna Kara  /  Garnitur: Miler Menswear  /  Makijaż: Greta Olszewska  /  Bukiet, wianek, butonierki: Kwiaciarnia Chabazie  /  Słodkości: Fudge Filosophy  / DJ: Zespół muzyczny California